Inne

O zarządzaniu sobą i czasem słów kilka…

Ostatnio słabo zarządzanie czasem mi idzie 🙁 w 2016 roku napisałem prawie 100 postów. W tym to dopiero drugi. A więc napiszę trochę o tym jak zarządzałem sobą w zeszłym roku, żeby i ten rok przynajmniej nie był gorszy.

Co udało mi się zrealizować można przeczytać w poprzednim poście. Nie było tego tak strasznie wiele, ale to i tak przewrotka do góry nogami w stosunku do tego co zrealizowałem w poprzednich latach 🙂

Sporo się zmieniło, gdy przeszedłem na własną działalność. Każdemu polecam spróbować, to uczucie, że trzymasz ster. Z drugiej strony, na pewno mniej jest czasu na własne rzeczy. Rzekłbym, że drastycznie spadła mi wydajność po pracy. Za to w pracy zacząłem robić fajniejsze i ciekawsze rzeczy.

Ale wróćmy do zarządzania sobą. Przede wszystkim usiadłem na tyłku i zastanowiłem się – czego chcę. Zajęło mi to sporo czasu, bo zacząłem myśleć jeszcze w 2015 i w pierwszym tygodniu 2016. Zrobiłem sobie listę rzeczy pożądanych w One Note. Podzieliłem ją na 2 obszary, a je znów na kolejne 2 kategorie. Obszary to zrobić/zmienić oraz kupić. A kategorie to muszę oraz chcę.

Mając taką listę “marzeń”, zacząłem do każdego z kolei dopisywać punkty, co mogę zrobić w tej sprawie. Rzeczy, które mogłem zrobić natychmiast – robiłem natychmiast. Reszta stworzyła mi szeroki plan działań. Ten plan, a właściwie punkty dostały jakieś ograniczenia czasowe, im punkt wyżej na liście tym dokładniej określone. W duchu “Agile” wiedziałem, że wszystko będzie się zmieniać, więc skupiłem się tylko na czynnościach najbliższych.

Co do tych punktów składających się na listę – przykładem może być ten “Jako setny post napisz o tym jak zarządzałeś sobą w 2016 roku” 🙂 No to piszę!

Punkty z konkretnymi datami trafiły do Wunderlist razem z terminem ich wykonania. To trzymało mnie w ryzach i jeśli coś nie było wykonane, to telefon natarczywie pikał. Za to jak udało się wykonać mogłem sobie zrobić satysfakcjonujące “piiiiinnnngggggg” 🙂

To takie mocno uproszczone GTD. Co jakiś czas, ale nie dokładnie co ten sam, robiłem sobie podsumowanie tego co się udało/nie udało i robiłem rewizję list. Ciągle coś należało zmienić/dodać/usunąć. To też fajne widzieć jak plan żyje. Kiedy traciłem wenę, kiedy nie miałem ochoty, byłem zmęczony, to ten mój plan nieruchomiał i widziałem, że coś muszę w sobie zmienić. Np. wyskoczyć na piwo z kumplami, albo lepiej na jakiś Kick Boxing, gokarty – jakiś sport. Sport daje dużo, ale o tym kiedy indziej.

Generalnie w tym temacie to wszystko, nic więcej szczególnego nie jest potrzebne by kończyć rozpoczęte działania. Natomiast dla mnie mitem (nie dla wszystkich zapewne) jest to, że jak robisz wiele na raz, to nic nie zrobisz. Ciągle trafiały na mnie kolejne rzeczy, które totalnie nie były zaplanowane. Tak było z “Daj się poznać”, tak samo było z “#52booksin52weeks”. Udało się je zrealizować. I nie mówię, że kosztem innych rzeczy, bo to też nieprawda. Nie wszystko udało mi się skończyć, ale to nie wina tego, że zabrakło czasu. W tym roku pewnie sporej części starych postanowień nawet nie zamierzam rozważać. Po prostu, na nowy rok nowa lista. Co się nie udało… Widać nie zależało mi wystarczająco 🙂 Za to branie na karb kolejnych rzeczy i ich sukcesywna realizacja dawały niezłego kopa (byłem kilka godzin od wygrania wyścigu, kto pierwszy przeczyta 52 książki 🙂 To była pamiętna walka 😀 ).

 

Jeśli ktoś ma problemy z realizacją celów i postanowień, to tabelka w dłoń (im prostsza tym lepsza) i do boju! Pozdrawiam i życzę realizacji celów!

P.S. Jak lubicie takie motywacyjne elementy, to polecam blog Gutka.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *